Centrum Europejskie - Europe Direct - Szczecin

Euro TiVi

Biuletyn europejski

Sekretariat ds. Młodzieży Województwa Zachodniopomorskiego

Europedirect
Połączenie bezpłatne.
Niektórzy operatorzy telefonii komórkowej (również aparaty w budkach telefonicznych i w hotelach) nie udostępniają połączeń z numerami 00 800 lub mogą pobierać za nie opłaty.

"Więcej Europy!" Czy te słowa jeszcze mają sens?

Po czerwcowym referendum w Wielkiej Brytanii dominuje opinia, że europejskie elity powinny z pokorą wyciągnąć wnioski z tej lekcji udzielonej nam przez rozsądnych Wyspiarzy. Akurat kampanię za Brexitem trudno uznać za dowód rozsądku, ale faktem jest, że Unia 27 krajów musi się ułożyć na nowo.

Kryzysy – finansowy, ukraiński i migracyjny – stały się najtrudniejszym w historii UE testem wspólnoty. Wystawiły też na próbę relacje i układ sił pomiędzy państwami członkowskimi a instytucjami, zwłaszcza Komisją i Parlamentem Europejskim. Już pierwszy z tych kryzysów pokazał, że instytucje musiały się zgodzić na większą rolę państw, aby wydobyć Unię z tarapatów. To logiczne, by w czasie pożaru inicjatywę mieli ci, którzy dysponują środkami i potrafią reagować natychmiast. Jak ugasimy pożar, mówiono, inicjatywę przejmą instytucje europejskie, z natury rzeczy lepiej przygotowane do działań prewencyjnych i rozwiązań systemowych. I tak się w znacznym stopniu stało. Wystarczy wspomnieć skuteczne ratowanie zadłużonych państw czy budowę unii bankowej. To są rozwiązania, które jeszcze kilka lat temu wydawały się zupełnie nie do pomyślenia.

Ale Unia nie miała czasu na kontemplację tego sukcesu. Musiała gonić do kolejnych pożarów. Tymczasowe zarządzanie kryzysem przez państwa członkowskie przerodziło się w mechanizm stały. Państwa, zwłaszcza te największe, stopniowo przyzwyczajały się do tej roli. W efekcie spór między Komisją i Parlamentem (wspólnotowość) a reprezentującą rządy Radą Europejską stał się strukturalny.

Krytycy tej tendencji przestrzegają, że pogłębia ona deficyt legitymacji demokratycznej, bo obywatele są wyłączeni z debaty europejskiej. Decyzje szefów rządów może i zapadają szybciej, ale jednocześnie znika element współodpowiedzialności za Unię. Po każdym szczycie unijnym szefowie rządów fetują swoje „zwycięstwa”, ale są to często zwycięstwa, których nie warto odnosić, skoro nie zachęcają obywateli do wspierania podjętych we wspólnym interesie decyzji.

Przez lata uniwersalną odpowiedzią na każdy problem czy kryzys był apel o „więcej Europy”. Wyrastał on z wiary w skuteczność regulacji oraz daleko idącego odpolitycznienia. W skrajnej postaci na końcu tej drogi miał być europejski demos, stworzony na gruzach państw narodowych. Kryzys nadwyrężył jednak wiarę w technokratyczno-biurokratyczny model integracji. Unia straciła pewność kierunku, w którym należy zmierzać. „Więcej Europy” oznaczało dla jednych więcej kontroli i dyscypliny finansowej, dla innych – więcej pieniędzy w ramach pakietów pomocowych. Dziś już nie ma czegoś takiego jak idealny model integracji. Być może Europy w ogóle nie da się skroić według jednego wzoru?

Popularność zaczęła zyskiwać teza, że lepiej skupiać się na rozwiązywaniu realnych problemów i dopiero z tych konkretnych rozwiązań składać europejski model integracji. Bo świat jest zasadniczo niegotowy. Doradca byłego przewodniczącego Rady Europejskiej Luuk van Middelaar broni tezy, że polityka europejska musi być tworzona zarówno przez instytucje unijne, jak i państwa członkowskie i dlatego zawsze będzie czymś „pomiędzy” albo nie będzie jej wcale.

Nauczmy się cenić to, co udało się osiągnąć – słychać z Brukseli. Od skutecznego zarządzania kryzysowego, poprzez wspólne inicjatywy finansowe i energetyczne, aż po stabilizowanie instytucji demokratycznych. Nigdy nie mieliśmy aż tyle „Europy”.

Pedagogika kryzysu
Ewolucję debaty europejskiej dobrze widać wokół kryzysu finansowego. W pierwszych latach kryzysu wyraźnie dominowała „pedagogika liberalna”, promująca rozsądne oszczędzanie jako lepszą drogę do wzrostu gospodarczego, dużo lepszą niż zalewanie rynku pustym pieniądzem. Przestrzegano, że tylko presja rynków jest w stanie wymusić na politykach reformy.

Z czasem jednak nasiliła się w Europie krytyka polityki zaciskania pasa. Pojawiło się więcej zrozumienia dla pobudzania gospodarki. I choć był to początkowo spór raczej komunikacyjny – każda polityka musi łączyć oba te elementy – ożywił dyskusję o europejskim modelu socjalnym, który zawsze stanowił tamę przed ruchami populistycznymi, a także był ważnym źródłem legitymacji demokratycznej.

Przywódcy europejscy, poddani rygorom polityki oszczędnościowej, poczuli się nagle pozbawieni narzędzi do wznoszenia tej tamy i stabilizowania demokracji. Mnożyły się zarzuty pod adresem Brukseli i Berlina, który najmocniej wspierał politykę cięć. W tym kontekście zawrotną karierę zaczęło robić pojęcie „suwerenności”, szczególnie w tych krajach, które nie były skore do reform, oraz tych, które chciały korzystać z dobrodziejstw członkostwa bez gotowości dawania czegoś w zamian.

Gdy dyskusja staje się sporem ideologicznym, a tak było w przypadku sporu „cięcia czy wzrost”, to łatwo powstają iluzje, że można stworzyć coś alternatywnego, żądać zmiany traktatów, a nawet kwestionować samą ideę wspólnej Europy. Rodzi się zapotrzebowanie na polityczną medycynę niekonwencjonalną.

Dziś chodzi o to, aby uprzedzić ofensywę sił antyeuropejskich. Dojrzewają więc pomysły takiego przeformułowania liberalizmu europejskiego, by chronił obywateli przed ekscesami polityki i gospodarki. By zapewnił bezpieczeństwo socjalne i wzrost. Nie da się jednak ukryć, że wzrost popularności ugrupowań skrajnych i populistycznych obserwujemy także w krajach ekonomicznego sukcesu. Widocznie dojrzewają tam pokolenia, które w ogóle nie wyobrażają sobie, że sprawy mogą przybrać zły obrót i oddają głosy na „śmiałych eksperymentatorów”. Referendów nie traktują w kategoriach egzystencjalnego wyboru, lecz jako okazję, by dać nauczkę zadowolonym z siebie elitom.

Nadrzędnym celem integracji europejskiej było i jest zapewnienie pokoju. Pokój w Europie coraz bardziej zależy jednak od sytuacji poza Europą, co sprawia, że unijna polityka zagraniczna zyskuje nowy status. To ważna zmiana, bo zagranica nie była dotąd w centrum zainteresowań UE, dopiero niedawno powstała unijna dyplomacja. Ale sytuacja w naszym sąsiedztwie – przede wszystkim konflikt rosyjsko-ukraiński, wojna w Syrii oraz napływ uchodźców i migrantów – nie pozostawia nam wielkiego wyboru.

W brukselskich dyskusjach powtarza się argument, że Unia powinna być dziś bardziej aktorem niż kaznodzieją, że trzeba przemyśleć wcześniejsze ambicje odpolitycznienia wspólnoty. Ale ten wymuszony powrót polityki zawiera także istotną szansę Unii na nowy rodzaj legitymizacji. Udział Unii w rozwiązywaniu konfliktów międzynarodowych może przywrócić zaufanie społeczne dla niej i przypomnieć, dlaczego jest tak potrzebna.

Wspieranie demokracji da lepsze wyniki, jeśli pomożemy naszym sąsiadom do tego stopnia się umocnić, by radzili sobie sami z reformami i zagrożeniami. Przykład Polski po 1989 r. dowodzi, że reformy systemowe przyjmują się, jeżeli obywatele są ich podmiotem. Ale najbardziej oczywistym przesłaniem roku 1989 dla sąsiadów Unii jest to, że ludzie naprawdę mogą tworzyć historię.

Warto jednakże pamiętać, jak wiele się na świecie zmieniło, i uwzględnić to w aktualnych strategiach działania. Na początku przemian społeczeństwa naszego regionu były gotowe zaakceptować w jednym pakiecie liberalną demokrację z uniwersalną definicją praw człowieka oraz społeczną gospodarkę rynkową. Wschód chciał zostać Zachodem. Ulegliśmy iluzji, że tą samą drogą pójdą inni – wcześniej czy później. Dzisiaj wiemy już, że nie każdy chce zostać Zachodem.

Nowa Unia
Unia Europejska nigdy nie była tak podzielona jak obecnie. Do podziału Północ–Południe na tle kryzysu finansowego doszły napięcia Wschód–Zachód związane z kryzysem migracyjnym. Na zwieranie szeregów w Grupie Wyszehradzkiej zareagowały państwa regionu Morza Śródziemnego, a szóstka krajów założycieli zaczęła się zastanawiać nad nową, bardziej zintegrowaną Unią. Efektem jest kakofonia pomysłów: od pogłębienia, poprzez elastyczną integrację, kręgi koncentryczne, do tylko luźnego związku państw. Nie daje to szans na sformułowanie propozycji, która mogłaby liczyć na poparcie większości. Dlatego dziś najważniejsze wydaje się zatrzymanie dalszych podziałów.

Tu warto zauważyć wzrost znaczenia Polski w europejskiej polityce w ostatnich latach. To efekt m.in. przyjęcia roli łącznika między państwami strefy euro i pozostałymi, popierania dyscypliny budżetowej i reform, a przede wszystkim – przyjmowania coraz większej odpowiedzialności za unijną politykę. Budowanie, a nie psucie.

Komisja Europejska chce się skupić na kilku najpilniejszych projektach, o których we wrześniu mówił szef Komisji Jean-Claude Juncker. Trzeba przekonać Europejczyków, że to właśnie unijne instrumenty, efektywnie zastosowane, najlepiej poradzą sobie z zagrożeniem terrorystycznym, presją migracyjną czy niskim wzrostem gospodarczym.

To jednak nie wystarczy. Nie możemy zamykać oczu na zakwestionowanie wielu wartości, które uznawaliśmy za niepodważalne. Wierzyliśmy mocno w transformacyjną siłę rozszerzenia czy zbliżenia do Unii. Tymczasem zamiast eksportu wartości często importowaliśmy chaos, zamiast poczucia wspólnoty obserwujemy załamywanie się europejskiej solidarności. W tym sensie nie unikniemy przemyślenia na nowo naszych europejskich fundamentów i korekty projektu europejskiego.

Do tej pory Unia radziła sobie z kryzysami poprzez ucieczkę do przodu. Dziś jedynym sposobem, aby pójść do przodu, jest zaakceptowanie różnych form integracji, przyzwolenia na udział grup państw w różnych projektach. Elastyczne członkostwo miałoby powstrzymać tendencje odśrodkowe i wzmocnić spójność, choć brzmi to jak paradoks. Ale może nie ma innej drogi, jeżeli chcemy uniknąć zredukowania UE do twardego jądra?

Musimy jednocześnie pamiętać, że koszty zróżnicowanej integracji będą bardzo wysokie. Może ona osłabić solidarność i zaufanie, skomplikować proces decyzyjny i w efekcie przerzucić odpowiedzialność za politykę wspólnotową na garstkę państw członkowskich.

Zimna bliskość?
Utrata kontroli nad własnym życiem stała się źródłem obaw obywateli, powodem popierania przez nich populistycznych, często alternatywnych wobec liberalnej demokracji sił politycznych. Wolność nie ma dziś dobrej prasy, bo jednym kojarzy się z nadmierną swobodą obyczajową, rzekomo promowaną przez Brukselę, a dla innych stała się symbolem ekscesów międzynarodowych korporacji, przed którymi coraz trudniej się bronić państwom.

Doświadczenie przełomu 1989 r. może jednak pomóc w odzyskiwaniu poczucia europejskiej wspólnoty. Obejmowało przecież splot aspiracji obywatelskich i narodowych, prawa człowieka i jednocześnie potrzeby tożsamościowe. Pozwalało definiować wolność jako szansę przywracania kontroli nad swoim losem. Ale przede wszystkim stwarzało poczucie więzi ponad granicami i wyzwalało z narodowego narcyzmu.

Kanclerz Angela Merkel opowiadała mi, jak w latach 80. z grupą berlińskich asystentów i studentów całą noc jechała pociągiem do Gdańska, by obejrzeć legendarny film „Człowiek z żelaza” Andrzeja Wajdy i „pooddychać wolnością”. Z kolei były opozycjonista z Jeny Roland Jahn przypomina, że polska Solidarność symbolicznie szła z nimi, kiedy 9 października 1989 r. demonstrowali w Lipsku. My także śledziliśmy enerdowskie przebudzenie i byliśmy z tymi, którzy wczesną jesienią 1989 r. gromadzili się w kościele Mikołaja i na ulicach Lipska. Tak rodziła się Europa. Nasza Europa, w której nie musimy się czuć pasażerami na gapę.

Takie historie przypominają, dlaczego należy bronić wspólnoty, jej zasad i instytucji. Wyjaśniają, dlaczego w brukselskich, często bardzo technicznych, dyskusjach nie powinniśmy zapominać, że tu chodzi o coś więcej. Głębszy sens integracji i koszty braku solidarności wobec innych, choćby uchodźców, powinny być bardziej zrozumiałe dla tych, którzy pamiętają podział Europy i wszystkie tego konsekwencje.

Często nam to umyka w kryzysie, gdy Europejczyków łączy raczej „zimna bliskość”, mają do siebie więcej pretensji niż zaufania, gdy pojawiają się ostre podziały, a interesy narodowe formułowane są z większą bezpośredniością. Co jest nawet zrozumiałe, tyle że bez głębszego zrozumienia wagi wspólnoty podziały te stają się bardziej toksyczne, a zwyczajna obrona interesów przeradza się w narodowy egoizm.

Dlatego powinniśmy przypomnieć sobie tę wspólną emocję obywatelską z 1989 r. Zwłaszcza w okresie, kiedy Unia Europejska zachorowała na brak pewności, że jest jeszcze potrzebna, a jej model demokracji liberalnej jest podważany. Unię Europejską wymyśliły pokolenia, które miały pamięć o złej przeszłości. Tyle że Europa nie może być tylko „projektem dla starszych ludzi, którzy mają pamięć”, jak pisał Timothy Garton Ash. Młodszym zawsze już będzie brakować tej specyficznej motywacji. Skoro jednak nie mają pamięci, powinni użyć wyobraźni.

***
Marek Prawda – socjolog i dyplomata. Znawca tematyki polsko-niemieckiej. Były ambasador RP w Szwecji i w Niemczech. W latach 2012–16 stały przedstawiciel Polski przy UE. Obecnie jest dyrektorem Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce. Artykuł wyraża osobiste poglądy autora.


Źródło: http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/swiat/1686544,3,wiecej-europy-czy-te-slowa-jeszcze-maja-sens.read

Udostępnij
Sekretariat ds. młodzieży województwa zachodniopomorskiego
Europedirect Szczecin

Formularz kontaktowy

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Proszę pamiętać, że zawsze można zmienić te ustawienia. Szczegóły znajdują się w Polityce Prywatności.

Akceptuję pliki cookie na tej stronie.